Poniedziałek, 20 lutego 2017. Imieniny Anety, Lehca, Leona

I jak tu nie wierzyć w ludzi?

2016-09-18 20:21:23 (ost. akt: 2016-09-18 20:37:40)

Autor zdjęcia: Ewelina Urzędowska

Budzik stłumionym trrryt, trrryt docierał do świadomości w zupełnych ciemnościach. W hotelowym pokoju przez niedającą się wyregulować klimatyzację temperatura spadła do 17 stopni Celsjusza i po czterech godzinach snu, ciężko było wychylić nos spod koca. Autobus do Kambodży miał odjechać za 90 minut.

Czekało nas jeszcze spakowanie plecaków, znalezienie czegoś do jedzenia, złapanie taksówki i zakupienie biletów. Sporo, jak na czwartą rano. Nim wyszliśmy z hotelu minęło jakieś 45 minut. Pokonywaliśmy właśnie skrzyżowanie gdy zaczepiło nas dwóch typków w średnim wieku.
-motorbike taxi?
-yes – odpowiadamy i negocjujemy cenę za transport na dworzec autobusowy. 30 tysięcy dongów od osoby. Bierzemy!
-bus station?
-yes, yes – chórem odpowiadają kierowcy i pokazują gestem dłoni byśmy z plecakami usadowili się na motorkach.

Trasę z dworca do hotelu znaliśmy przechodząc ją pieszo dwa dni wcześniej, więc zdziwiło nas, gdy panowie nagle skręcili z głównej drogi w lewo, co na chwilę przed odjazdem naszego autobusu nie wróżyło nic dobrego. Po chwili zatrzymaliśmy się nad znanym nam już kanałem, gdzie na upartego mógłby istnieć dworzec ale dla łodzi i łódeczek. Krzyczymy, że to nie tutaj, że mieli nas zawieźć na dworzec autobusowy, kilkukrotnie powtarzamy słowo bus, ale nikt nie reaguje.

Grupka rybaków i właścicieli łódek stała tuż obok patrząc na rozgrywającą się scenkę obojętnym wzrokiem. Pytamy czy ktoś z nich zna angielski? Żadnej reakcji. Wreszcie Ewelina wyciąga telefon, w nawigacji pokazuje mapkę z ulicą, na którą mieli zawieść nas taksówkarze. Chwila konsternacji, krótka narada w ojczystym języku i po chwili znów pędzimy przez miasto trzymając się kurczowo kierowców, by z plecakami nie runąć na ziemię. Docieramy na dworzec. Okazuje się, że w portfelach mamy tylko jeden banknot o wartości pięciuset tysięcy dongów. Jak zapłacić za taksówkę sześćdziesiąt tysięcy pięćsetką?

Pokazuję jednemu z nich, że wejdę do biura, przy którym się zatrzymaliśmy, rozmienię banknot i zapłacę. Ale kobieta do której się zgłosiliśmy z tą prośbą, ani myśli współpracować. Na jakimś skrawku papieru wypisuje nam cenę biletu do Kambodży. Skąd wie, że tam chcemy jechać? Tłumaczymy, że chcemy jedynie rozmienić pięćset tysięcy, że bilety kupimy później, bo i tak nie mamy tyle gotówki przy sobie. A ta z uporem maniaka wypisuje 650 tysięcy dongów na świstku papieru i mamrocze coś do nas po wietnamsku.

Z pomocą przychodzi dopiero wchodzący do biura kolejny pracownik, który z rysowanych na papierze banknotów domyślił się, że chcemy jeden duży zamienić na pięć mniejszych. Płacimy za motorki i biegniemy w poszukiwaniu bankomatu. Okazuje się, że najbliższy znajduje się po drugiej stronie dwupasmówki biegnącej obok dworca. Biegniemy! Wypłacamy milion dongów i wracamy na dworzec. Od oczekującego, jak się później okazało, na ten sam autobus młodego człowieka wyglądającego na Wietnamczyka dowiedzieliśmy się, że odjazd jest za 10 minut. Mamy więc jeszcze chwilę by zakupić coś do jedzenia.

Biegnę więc na pobliski targ i kupuję kiść bananów oraz kilogram pomarańczy. Jesteśmy gotowi. Po zakupieniu biletów zostaje nam 600 tysięcy dongów gotówki, jak się później okaże, zdecydowanie za mało. Podobno dobrzy ludzie przyciągają dobrych ludzi. Te słowa można traktować różnie, można w to wierzyć lub nie, ale my spotkaliśmy naprawdę dobrego człowieka. Mając 600 tysięcy dongów nie mogliśmy kupić wizy na granicy, za którą, raz, że trzeba zapłacić dolarami, dwa, że 600 tysięcy, nawet po wymienieniu na dolary u przygranicznego cinkciarza, mogło nam wystarczyć co najwyżej na jedną wizę.

Stojąc w palącym słońcu kilka metrów przed granicą z bezradną miną malującą się zapewne na naszych twarzach, usłyszeliśmy jak podchodzi do nas Amerykanin mówiąc, że on zapłaci za nasze wizy. Uratował nas zupełnie obcy człowiek. Wszelkie formalności, oficjalne spojrzenia w oczy, pieczątki, wizy udało nam się załatwić w pół godziny. I jak tu nie wierzyć w ludzi? (Marcin Urzędowski)


Czytaj e-wydanie Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. 

Swoją stronę założysz TUTAJ ".

 Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: kliknij 
Problem z założeniem profilu? Potrzebujesz porady, jak napisać tekst? Napisz do mnie. Pomogę: Monika Kacprzak
Polub nas na Facebooku:

Źródło: Artykuł internauty

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. patriota #2068542 | 77.253.*.* 19 wrz 2016 07:50

    a kto to ten Urzędowski i co ma z Wegas wspolnego

    Ocena komentarza: warty uwagi (4) ! - + odpowiedz na ten komentarz pokaż odpowiedzi (1)

    Zagraj w GRY.wm.pl

    • Goodgame Empire
    • Goodgame Big Farm
    • Goodgame Poker
    • Shadow Kings - The Dark Ages